Menu

Czarny Czerwony Żółty Zielony

Rozdzielnopłciowość, seks i o co jej chodzi.

ratownik106

-Pielęgniarz….? To tak samo jak… eee… pielęgniarka? W sensie, co Pan robi, jaką szkołę Pan skończył? – pytała na rozmowie o pracę, zupełnie zaskoczona moim dyplomem Pani Dyrektor (lekarz) jednego ze szpitali do którego kiedyś złożyłem CV, a na studiach wszyscy zarzekali się, że mężczyzna pielęgniarz już daaawno nikogo nie dziwi. Widziały gały co brały, bo przecież sam sobie wybrałem ten zawód i pracę zdominowaną przez kobiety, i co teraz?

funnyparamedics1Jak większość środowiska, pracuję w dwóch miejscach. Tam gdzie pracuję jako pielęgniarz, jestem jedynym facetem, tymczasem na karetkach transportowych gdzie jeżdżę jako ratownik medyczny, są same chłopy i tylko jedna dziewczyna. Niby wszędzie trzeba pracować w zespole, niby wszyscy byliśmy kształceni podobnie, ale przez tę rozdzielnopłciowość gatunku Homo Sapiens… jakże różne są to środowiska pracy.

 

Jak pracuje się z mężczyznami?

Wchodzę na dyżur. Zaczynam od przebrania się. Sam odgłos zdejmowanych spodni powoduje, że idzie pierwszy żarcik o długości penisów, za nim następny o gejach, potem o seksie analnym i tak już jest przez cały dzień, bo ratownicy medyczni to najbardziej skoncentrowana wokół czynności seksualnych grupa zawodowa jaką znam. Wszyscy faceci tacy po prostu są? Chyba nie. Nie wiem, co Freud na to, ale ja mam natomiast taką teorię: kiedy przez 50-100 godzin tygodniowo patrzysz na krew, śmierć, ból, starość i wymiociny, to jakiś taki mechanizm przetrwania rasy ludzkiej Ci się odpala i zwyczajnie chce Ci się uprawiać seks (a dla pewności że ludzkość na pewno przetrwa, najlepiej… ze wszystkimi którzy są w pobliżu.)

Z drugiej mańki, mężczyźni w większości mają genialny sposób rozładowywania konfliktów. Widziałem najgorsze urazy, obrazy, przerazy obrócone w żart, kilkumiesięczny konflikt wyjaśniony bez emocji w ciągu 15stu sekund. Jak zostawisz coś nie tak po dyżurze, na następnym dostaniesz opierdol za to i cała reszta dnia upłynie miło, na żartach o koprofilii. Z kobietami w tej kwestii jest o wiele gorzej.

To może być już tylko obserwacja konkretnie mojego miejsca pracy, ale zauważyłem też, że mężczyźni są bardziej skłonni znajomości pracowe, przenosić na codzienne, a po ludzku kumple z pracy to też kumple w życiu. U kobiet ten proces jest bardziej złożony i skomplikowany. Coś jeszcze? Faceci są bardziej leniwi w zestawieniu z kobietami.  

punkt

Jak pracuje się z kobietami?

Wchodzę na dyżur. Wszyscy jakoś tak cieszą się na mój widok. Pytają co u mnie, jak było na urlopie, jak było na imprezie? Pielęgniarki, generalnie w większości bardzo lubią pracować z mężczyznami. Fajny mężczyzna pielęgniarz, to skarb dla oddziału – powiedziała mi kiedyś wprost któraś oddziałowa. Bo niestety – i są to słowa samych pielęgniarek  – w stuprocentowo damskim towarzystwie pracuje się dość ciężko. Facet w pracy powie Ci niemal wszystko w twarz, kobieta? Jest duża szansa, że nie powie. Jest duża szansa, że będziesz musiał się domyślić - co powinieneś zrobić i jak się zachować, a jak się tego nie domyślisz, nie czeka Cię reprymenda tylko… zemsta. Tu zrobię pauzę i dopowiem tylko, że jak powszechnie wiadomo, nie wszystkie kobiety są podłymi sukami i nie wszyscy faceci są leniwymi zboczeńcami, nie zmienia to jednak faktu, że historia którą przytoczę jest prawdziwa.

operatingroomanesthesia

Na bloku operacyjnym jedna z pielęgniarek, z kontraktu przeszła na umowę o pracę. Wiecie, co zrobiły z zazdrości, jej super koleżanki? Zamiast dołożyć sprzęt do szafek oddając dyżur, zostawiły puste szuflady (kto pracuje w zawodzie, wie jak ważne jest żeby wózki zabiegowe i szafy na bloku były zawsze uzupełnione, bowiem zależy od tego często szybkość i skuteczność działań np. ratowania życia). Natomiast nie chodzi o to, że zużyły jakieś igły i strzykawki i nie dołożyły tego, tylko z zimną premedytacją wyniosły cały sprzęt jaki tylko istnieje do magazynu, zostawiając pustą salę operacyjną wiedząc, że sparaliżuje to pracę bloku, a konsekwencje poniesie ich etatowa koleżanka, która przejęła przecież dyżur przed chwilą. Kobiety bywają bardzo złośliwe i mściwe, mówiła mi to już mama która wiele lat sama przepracowała w ściśle damskim towarzystwie (w przedszkolu), historia o pustych szufladach i jej podobne nie robiły na niej nigdy wrażenia. „Czasami tęsknię do karetki… z babami tak ciężko się czasem dogadać...” – narzeka jeden z moich kumpli, który jako ratowniko-pielęgniarka  porzucił pogotowie, dla pracy na oddziale.

No właśnie, do tego dochodzi jeszcze to, że mężczyźni są dalece niepełnosprawni w zrozumieniu kobiet na co dzień. To już oczywiście nasza wina (tak jak wszystko na świecie), ale dla mnie jako faceta studia pielęgniarskie i praca w towarzystwie samych kobiet, to swego rodzaju mega błogosławieństwo, bo naprawdę nauczyłem się i uczę nadal, rozumieć jak myśli i czuje kobieta. Zadziwia mnie czasem jaka przepaść w postrzeganiu, potrafi nas dzielić, ale jakoś chyba tak już jesteśmy stworzeni i tyle.

Jeszcze jeden genialny mechanizm. Niespodziewanie zatrudniony pielęgniarz wchodzi w hermetyczną grupę pielęgniarek. Nagle wszystkie przyjmują pozę… prawdziwej damy. Zero przekleństw i niestosownych żartów, postawa wyprostowana, przestrzegamy nagle wszystkich procedur. Mija długi czas i stajesz się facetem-ale-w-porządku, a potem zwyczajnie… koleżanką. Rozmowy o tamponach, nie milkną kiedy wchodzisz do punktu pielęgniarskiego, a zamiast tajemniczego „Zaraz przyjdę”, jest zwyczajnie „Muszę poprawić stanik.”. Bardzo lubię ten moment kiedy przychodzi swoboda i taka zwyczajność, no i to właśnie wtedy dowiadujesz się na przykład, że temat seksu jest u pielęgniarek na blacie równie często, jeśli nie częściej niż u rat-medów ; ). Moja teoria naprawdę się sprawdza.

 Jest więcej plusów pracy z pielęgniarkami. Dziewczyny są bardziej cierpliwe, fajniej się od nich uczyć, rzadziej czują potrzebę ostentacyjnego popisania się przed tobą w stylu „Ja coś umiem, a ty nie.”. Są w większości bardziej pracowite, mimo że na brak snu wszyscy jesteśmy uczuleni w tym zawodzie tak samo i tak samo ciężko to znosimy. Wydaje mi się, że kobiety są bardziej skrupulatne niż mężczyźni, tak zaobserwowałem przynajmniej do tej pory.  Natomiast niezależnie od płci w ochronie zdrowia, genialnie pracuje się z ludźmi którzy zwyczajnie lubią swoją pracę i tragicznie, z tymi którzy jej uczciwie nie cierpią.

Do zobaczenia, jakoś bardziej niedługo.

tel_me_again

Szukać jednorożców, czy bać się zmian?

ratownik106

Pierwszy raz mieć szefa i pracować za pieniądze, przydarzyło mi się mając 15 lat (to były prace porządkowe na budowie) Jak na rozpuszczonego jedynaka myślę, że zniosłem to dość dzielnie, ale zderzenie pierwszy raz z ciężką i wyczerpującą pracą, to jest zawsze taki trochę chrzest w ogniu. Przypominasz sobie swoją pierwszą robotę? Trzeba było się nauczyć coś robić, potem brać na klatę opierdziel od szefa, słuszny i niesłuszny… Ja pamiętam. To jest jakiś chyba etap dojrzałości, pracować, mieć szefa, pierwszy raz ucieszyć się widząc kogoś w grafiku, współpracować z kimś kto jest nie do zniesienia, przetrwać dzień do końca.

5cfc5fb692f831ca2eb7b4a2845f6f10

Im szybciej to się stanie tym lepiej,  bo spotykam czasem ludzi którzy maję 30+ lat i narzekają, jęczą, jakby nigdy nie zrozumieli tej mechaniki, jakby właśnie skończyli szkołę i poszli do pracy po raz pierwszy.

Tosor5 jednak nie jest tekst o dojrzałości w robocie, ale o atmosferze w niej. Niby banał, a znaleźć robotę w której jest fajny klimat, jeszcze w zawodzie medycznym…. to jest jakieś po prostu, polowanie na różowego  jednorożca.  Czy ktoś kto przepracował kilka lat w branży  wierzy, że coś takiego w ogóle istnieje? Wielu moich znajomych, poprzestaje na oddziale gdzie „da się jakoś żyć”, albo po prostu uczą się wytrzymywać, tam gdzie się nie da wytrzymać. Z ordynatorem furiatem, oddziałową z piekła rodem, tam właśnie chcą pracować – a może boją się, że gdzieś indziej będzie gorzej? Niekoniecznie. Mam kilka koleżanek, które zwyczajnie lubią swoją robotę i specyfikę oddziału na tyle, że są w stanie przełknąć bardzo wiele, żeby tylko móc to robić.

Zanim rozpęta się burza w komentarzach, zgódźmy się w jednym. Każdy z nas ma różne kryteria w wyborze oddziału i miejsca pracy w ogóle. Ktoś jest zakochany w kardiologii i zniesie najgorszego szefa, byle tylko być blisko zaburzeń rytmu i OZW. Ktoś po kilku miesiącach na SORze stwierdza, że zwyczajnie nie nadaje się do „stanów nagłych” i rozpoczyna poszukiwania „spokojniejszego” oddziału. Wszystkie kryteria idą na bok kiedy kręgosłup wysiadł na OiTcie i podnieść to można najwyżej noworodka. Kasa? Dawać mi ten kontrakt! Gdy dziecko w drodze, masz zaproszenia na 4 śluby, rata kredytu nie zmalała, a w łazience trzeba w końcu zrobić ten remont - wiesz, że czas pożegnać się z rodziną i sprawdzić ile set godzin jesteś w stanie przepracować w miesiącu - ale jednocześnie tak, by tegoroczne Zaduszki, nie były jeszcze twoim świętem.

Jednak gdzieś w eterze, krążą legendy o jednorożcach. O miejscu, gdzie praca jest ciężka, ale ludzie są świetni. O oddziale, gdzie szef zawsze zagada, a oddziałowa nie robi problemów z zamienianiem się i wolnym na szkołę. Lekarze z pielęgniarkami jeżdżą na żagle i zapraszają się na grilla, a wszyscy włączając salową, sekretarkę i tleniarza są jakby częścią rodziny. Ktoś teraz parska śmiechem niedowierzania, ale legendy głoszą, że takie miejsca istnieją naprawdę i ktoś tam realnie pracuje. Jedni z nas już znaleźli ten mityczny szpital i oddział, inni niczym Poszukiwacze Zaginionej Arki, chodzą po kadrach, pytają koleżanek, roznoszą CV.

Dr Cox na pewno miał rację mówiąc, że szpital byłby genialnym miejscem do pracy, gdyby nie ci wszyscy chorzy ludzie, ale nie zawsze tu leży problem. Chyba czasem zwyczajnie boimy się zmienić pracę. Bo niby jest strasznie źle, ale lepsze to zło które się zna - od tego nieznanego. A co będzie, jeśli tam jest jeszcze gorzej? Żeby tak nie myśleć, chyba po prostu trzeba… zmienić pracę kilka razy. Zobaczyć jak to jest, przetrwać znowu okres adaptacyjny i zaryzykować, znaleźć sobie to fajne miejsce, a zanim to się stanie przejść przez ogień i wodę, dojrzeć, zrozumieć co jest dla nas do zniesienia, a co nie do wytrzymania - co lubię robić, a co tylko znoszę z zaciśniętymi zębami. Bo z tym zaciskaniem zębów jest jakoś tak dziwnie… zrobisz to o kilka razy za dużo i nagle możesz obudzić się jako ktoś, kim obiecałeś sobie na studiach, że nie staniesz się nigdy.DSC_4483

Za szklaną szybą.

ratownik106

Kiedyś na praktykach, jedna z pielęgniarek poprosiła mnie, żebym przyciągnął aparat i zrobił EKG u całkowicie nieprzytomnego pacjenta. To był nerwowy dzień, dużo pacjentów i dużo pracy. Znalazłem aparat przyjechałem na sale, upewniłem się że pacjent nie reaguje. Chciałem mieć to szybko za sobą, więc migiem zrobiłem, badanie i wydruk. Odpiąłem elektrody i pchnąłem wózek z aparatem w kierunku drzwi… kiedy coś mnie tknęło.

dziadki

Odwróciłem się. Pacjent leżał na wznak, odkryty, półnagi i pomazany żelem, a głowa opadała mu bezwładnie na bok. Musiałem się chwilę zastanowić co się stało. Otóż to się stało, że zapomniałem, że to jest człowiek. Zrobiłem mu EKG jakby był szafką i tak się zamyśliłem nad tym co tam jeszcze muszę zrobić, że prawie wyszedłem z sali, zapominając go przykryć, poprawić i wytrzeć żel.

Powoli wypuściłem powietrze z płuc. Byłem trochę sobą zażenowany. Już wolniej i z troską, wróciłem do niego, wytarłem żel, poprawiłem poduszkę, prześcieradło i dokładnie przykryłem stopy.

Na przerwie kilka godzin później, powoli przeżuwając suchą bułkę z serem, zastanawiałem się nad tym co się stało. Jak mogłem tak zrobić? Znowu za bardzo wyłączyłem uczucia? – pytałem siebie. Gdzie jest ta granica, kiedy kończy się empatia, a zaczyna współodczuwanie?

Przewijając się na studiach, przez różne oddziały i szpitale, zdarzało nam się widzieć pielęgniarki, na które patrzyliśmy posępnym wzrokiem i powtarzaliśmy sobie ukradkiem „Nigdy się taka nie stanę… Nigdy taki nie będę.”. To były te pielęgniarki, które nie odpowiadają tylko odwarkują. Nie przekładają pacjenta, tylko go przerzucają, zbywają go – jak kłopot, jak rzecz. Nigdy się takim nie stać – powtarzaliśmy sobie. Nigdy nie zapomnieć, że tam leży człowiek. Nigdy nie zapomnieć, że go boli i że boi się, że on nie wie.

Tymczasem, smutna prawda jest taka, że w tej pracy trzeba mieć tę grubszą skórę. Jeśli dopuścić do siebie wszystkie emocje, uczucia i to co współodczuwa pacjent, to już po kilku chwilach robi się zwyczajnie… za ciężkie do uniesienia. Gniecie w klatce piersiowej i paraliżuje, dlatego musisz być trochę poza tym.  Nazywam to „byciem za szybą”, bo to tak jakby od sytuacji i od pacjenta oddzielała gruba szklana szyba.  Być może to okrutne, dla kogoś kto nie zna takiej pracy, ale to jedyny sposób, żeby chronić siebie. Nie wierzę nikomu kto twierdzi, że może przez cały czas być połączony z pacjentem stuprocentową empatią, płakać razem z jego rodziną, a za chwilę przejść normalnie do swoich obowiązków, jeśli ktoś to potrafi, jest zwyczajnym socjopatą.

 Tak naprawdę to ja ciągle siedzę w tym kantorku i jem tę bułkę. Nie znalazłem jeszcze odpowiedzi, na pytanie – gdzie jest ta granica. Na ile trzeba być emocjonalnie za szybą, żeby móc pracować i nie postradać zmysłów i na ile trzeba zza niej wystawać, żeby trzymać pacjenta za rękę, tak aby nie stał się szafką.

hand

Na szczęście każdym szpitalu, są (dobrze schowani) ludzie których szanujemy. Lekarze, ratownicy, pielęgniarki, z „tym czymś”, z tym prawdziwym powołaniem. Pasjonują się tym co robią, budzą szacunek i jakoś lżej na duszy się robi, kiedy można spędzić z nimi chwilę. Daje to poczucie, że świat jest ciągle normalny. Warto uczyć się od nich i pytać o różne rzeczy :) Też mam takie osoby w swoim otoczeniu i w gronie przyjaciół, czasem poruszamy temat tej szyby i  „Jak być człowiekiem, żeby nie zwariować?”. Z tych długich rozmów, wyłania mi się chyba tylko to, że nie ma innej rady, jak robić co jakiś czas korekcję kursu. Kiedy przechył jest w jedną stronę, odbić w drugą. Kiedy za bardzo przytłacza mnie to co się dzieje na dyżurze, muszę schować się za szybą. Kiedy jej grubość zaczyna przysłaniać mi, kto jest po drugiej stronie, to czas się trochę odsłonić.

oiomek

Nie zawsze tak się da. Zwłaszcza na tych cięższych oddziałach, ciężko jest balansować między empatią i grubą skórą, bo kiedy matka płacze nad łóżkiem syna który umiera, to ciężko żeby Cię to nie spenetrowało. Można się starać nie patrzeć, ale szatan śmieje się mówiąc „i tak to zaniesiesz do domu”. Nie wierzę, że to z woli Boga ludzie tak cierpią w szpitalu, ale to rozkmina w innej tematyce.

Jak tak rozmawiam ze swoimi przyjaciółmi, to ciężko jest czasem wierzyć w to co robimy, bo obciążenie psychiczne pozostaje, pocieszające natomiast jest to, że naprawdę niewiele potrzeba, żeby komuś ulżyć. Wystarczy przecież przy kimś stanąć w milczeniu, potrzymać za rękę, chwilę porozmawiać, najczęściej nie jest to emocjonalny szpagat.

To nie jest tekst o tym, że praca ciężka i mało pieniędzy. To jest mój ukłon dla Ciebie medyczniaku, bo wiem że rozumiesz ten konflikt, a mimo to co dzień robisz dobrą robotę. Wychylasz się zza szyby, kiedy nikt nie widzi i zwyczajnie jesteś ze swoim pacjentem. Dzięki Ci za to. W moich oczach jesteś kimś.  

Halo Halo! Pozdrawiam ratowniczy.net !

 dzięki za motywację i prawie wysadzenie mi komputera :)

1

© Czarny Czerwony Żółty Zielony
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci